sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 1


"Dlaczego to wszystko musi być takie trudne?
 ...Bo nie nazywałoby się Życie."



 Amy 

-A więc mam dla ciebie ultimatum ;
* pozwalam ci opuścić ośrodek poprawczy w dniu twoich 18 urodzin czyli 29 maja
* albo zostajesz tutaj do 19 urodzin tak jak nakazuje nasz regulamin ? - powiedział tęgi mężczyzna z poważnym wyrazem twarzy mający tutaj status dyrektora. - Zważ na to, że daje wyjątkowo tobie taki wybór; ponieważ wstawiła się za tobą Margaret twierdząc że ; starasz się, zrobiłaś postępy i zasługujesz na taką szanse.- mówił dalej. Margaret to jedyna osoba w tym beznadziejnym miejscu którą uwielbiam.Mimo iż jest starsza, ma tytuł psychologa i pracuje tutaj jako opiekunka trudnej młodzieży , nie ma obowiązku pomagać mi ,stawać za mną murem czy sprowadzać na dobrą drogę -  mimo to ona zawsze to robiła.
Biorąc również pod uwagę że tutaj nawet sprzątaczki mają cię w dupie i uważają że jesteś zepsuta do szpiku ,chociaż nie wiedzą dlaczego tu jesteś i w ogóle nie znają ciebie ani twojej przeszłości.
 A rówieśnicy ? - w takim miejscu musisz radzić sobie sama pośród okrutnych nastolatków musisz się stać zimną suką dbającą tylko o swój tyłek ,a jeśli nie dasz sobie rady od początku zostaniesz przez nich zniszczona.
-Jaki  haczyk ? - spytałam próbując przybrać pokorny wyraz twarzy i siląc się na przyjemny ton. Nie powiem moje ciśnienie podskoczyło o kilka kresek-tutaj każdy chce coś w zamian i nie ma to tamto.
-Otóż musisz uczęszczać 2 razy w tygodniu do sierocińca jako pomoc w opiece itd.- a nie mówiłam? zbyt długo tu jestem żeby nie mieć racji co do postawy tutejszych ludzi. 
-Ok, niech będzie, im szybciej tym lepiej - odparłam spokojnie 
-My będziemy to sprawdzać i jeśli nie będzie cię tam, a nie będzie to usprawiedliwione przez lekarza bądz jakiegoś innego specjalistę to wracasz tutaj jasne? - dodał mrużąc oczy 
- super , mogę iść ? - powiedziałam przez zaciśnięte zęby zaciskając automatycznie pięści. Ten człowiek mnie denerwuje. Chyba stara się wyprowadzić mnie z równowagi co zaczyna świetnie mu się udawać,a mnie bardzo łato wyprowadzić z równowagi. 
- nie- zaprzeczył prostując się ma fotelu - Twoja opiekunka załatwiła z niejakim Max'em  Zinser'em mieszkanie dla ciebie. - powiedział.
-chyba pana coś boli - wysłał mi złowrogie spojrzenie- nie pozwolę żeby mój przyjaciel lub co gorsza moja opiekunka,która dostaje tutaj marne grosze płaciła za kupno mojego mieszkania -uniosłam się, OchO mój cholerny honor daje o sobie znać.

-nie, ani Max ani Margaret nie będą płacić - utrzymał mnie w chwilowym napięciu na co uniosłam jedną brew ku górze - Margaret doprowadziła do tego że twój ojciec co miesiąc jest zobowiązany przelewać ci sporą sumę pieniędzy na konto,które założysz coś w rodzaju alimentów-uśmiechnął się pod nosem i zaczął kontynuować - masz jeszcze część spadku po babci więc nie musisz chodzić do pracy cało rocznie ale miło było by chodzić chociaż w wakacje.- uważnie obserwował moją twarz na co zrobiłam młynka oczami - nie pytaj jak Margaret udało się porozumieć z twoim ojcem. -zakończył 
-nie zamierzam-próbowałam uspokoić moje emocje słysząc słowo''ojciec'' - jeden wyraz ,sześć liter a tyle negatywnych emocji.
-Ok, więc wracając do pracy , to Max załatwił ci rozmowę o prace i uprzedzając twoje pytanie tak rozmawiałem z nim- od powiedziałam jedynie  kiwnięciem głową mającym na celu pokazanie że rozumiem co powiedział chwilę temu.
-too kiedy mogę wyjechać w świat ? - spytałam poprawiając się na mało wygodnym fotelu.
-Jak już to tylko NA RAZIE do centrum Londynu - podkreślił wyraźnie na razie - a kiedy masz urodziny? - od powiedział pytaniem na pytanie.
- ty patrz jutro - udałam że jestem w szoku, zatykając ręką usta 
- Amy -warknął- słowa ! - ah tak nasz dyrektorek nie toleruje zwracania się do osoby powyżej 30 lat na TY , upss. Moją jedyną odpowiedzią jak zazwyczaj w takich sytuacjach był młynek oczkami.  
-a więc dzisiaj możesz zacząć się pakować. 
-Ok - powiedziałam przekraczając próg 
-Do widzenia-krzyknął poirytowany.
**Do nie zobaczenia ** pomyślałam z całej siły gryząc się w język. 
Idąc przez korytarz do ''swojego pokoju'' układałam  cały dotychczas owy mętlik w mojej głowie.Mimo,że nie chce nic od jakby nie patrzeć dawcy nasienia dzięki któremu zostałam poczęta nie miałam wyjścia ;biorąc pod uwagę brak pieniędzy ,a przecież chciałam  stąd wyjść. 
Wchodząc do pokoju od razu po zamknięciu drzwi wyciągnęłam swoją obszerną walizkę i zaczęłam umieszczać w niej swoje ubrania , i różnego typu rzeczy które posiadałam począwszy od szczoteczki do zębów kończąc na spinkach i frotkach. 
Po  chwili jednak moje pakowanie przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę -zachęciłam grzecznie  jakąś osobę do środka.
-Witaj Amy , jak sobie radzisz ? może ci jakoś pomóc ? -spytała Margaret (tak bo to ona weszła do pokoju)  patrząc na walizkę 
-Hej, jak na razie całkiem dobrze - odparłam uśmiechając się- niee ty już wystarczająco dużo dla mnie zrobiłaś- spojrzałam na nią wzrokiem pełnym wdzięczności.Taka była prawda, dzięki jej wsparciu w choćby malutkim stopniu poczułam się potrzebna.
- nie przesadzaj, to nic takiego , naprawdę - uśmiechnęła się- ciesze sie że wydoroślałaś i stajesz na nogi. - zapadła chwila ciszy którą szybko przerwała - Mam coś dla ciebie - powiedziała podając mi naszyjnik i uśmiechając sie pokrzepiająco 
- co to ?- spojrzałam  na srebrny naszyjnik z wygrawerowanym napisem Hope. 
-to naszyjnik twojej mamy, ofiarowała go twojej babci aby ta przekazała ci go.- wytłumaczyła- byłaś jeszcze za mała aby ci go dała więc twoja babcia pozostawiła go w kopercie w walizce którą zabrałaś do domu dziecka. Kopertą zaopiekowała sie dom dziecka aż do wczoraj.- cały czas spoglądała na mnie - w niej znajduje się list do ciebie- Margaret ostrożnie podała mi białą kopertę - otwórz jak będziesz sama - posłała mi uśmiech na co przytaknęłam głową. 
- Jak ja sobie bez pani poradzę ?- zapytałam, mimo iż zmieniłam się nadal szybko się przywiązuje.
- dasz sobie radę, wieżę w to.-odpowiedziała zagarniając mnie w swoje ramiona .
- Nie zapomnij niczego spakować - powiedziała wypuszczając mnie z objęć.
- nie martw się , dam radę - Margaret zamknęła za sobą drzwi a ja opadłam ciężko na materac  łóżka obracając w rękach kopertę. 
- to jedziemy - szepnełam starannie otwierając kopertę i wyciągając z niej karteczkę ;
Droga Amy
 Piszę do ciebie ten jakże krótki list aby wytłumaczyć ci pewną sprawę. 
Zacznę od wszystko od początku. 
Twoja mama bardzo pragnęła mieć drugie dziecko. Kiedy Bóg ofiarował jej ciebie niestety dowiedziała się że jest śmiertelnie chora, nie chciała narażać cię na jakiekolwiek niebezpieczeństwo związane z leczeniem więc postanowiła ofiarować swoje życie tobie.Mimo iż nie wiele czasu z tobą spędziła bardzo cię kochała , i nadal kocha. Zmarła kilka godzin po twoim porodzie, ale przed tym podarowała  mi ten oto naszyjnik abym ja ofiarowała go tobie. Powiedziała że chciała by abyś zawsze go miała przy sobie ,bo kiedy tylko na niego spojrzysz ma dawać ci nadzieje tak jak jej choćby nie wiem jak było ci trudno i żebyś miała cząstkę jej na co dzień. 
Pamiętaj że my zawsze i wszędzie będziemy przy tobie , ZAWSZE choćby nie wiem co .


                                                                                                                   Twoja Babcia.




Odłożyłam kartkę na szafkę ściskając w drugiej ręce naszyjnik i zamknęłam oczy pozwalając swobodnie spłynąć łzą po moich policzkach. 
Ostrożnie przewiesiłam łańcuszek na szyi  i zwinęłam się w kłębek pod kołdrą cicho łkając. Po jakimś czasie zasnęłam czując się bezpiecznie w takim położeniu. 


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Hej, hej :) Mam ogromną nadzieje że rozdział wam się spodobał :D  za błędy oczywiście przepraszam :D
 iii proszę was zostawcie po sobie jakiś ślad w postaci komentarzy <33  -- dziękuje że  jesteście , nawet nie wiecie jak się ciesze <33
Doo napisania ♥.♥